MAJKMIK ZNOWU NADAJE

Opis bloga:
Hejka, Na sam początek, należy się przedstawić. No więc Jestem Dawnym studentem Poznańskiego UAM, jeszcze wcześniej uczniem Ośrodka w Owińskach, a na samym początku wywiodłem się z Węgorzewa – na Mazurach
. Nieokiełznana przekora dawała i nadal daje mi siłę do tego by iść na przód, i po niewidomemu przemierzać przestrzenie poznania. Wdzięczny jestem wszystkiemu, co dawało i nadal daje mi odwagę i siły, do walki.

Będę opisywał tu raczej prozą, jak się żyje będąc niewidomym wózkowiczem głównie Poznańskich chodników, gdzie krawężniki częściej bywają wysokie niż niskie, a dla urozmaicenia co jakiś czas na środku chodnika wyrasta nie wiadomo po co latarnia. Zatem Miłej lektury!!!!

Za komentarze panu 18,20 serdecznie dziękuję

W zasadzie formatowanie pecha, bez pechowości odc. 1

W zasadzie formatowanie pecha, bez pechowości odc. 1

moja nowa czarnoczerwona rakieta, na której jestem


Hejka Wszystkim,
Od tygodnia, może trochę dłużej, koleżanka, i kilku kolegów, namawiają mnie na powrót do portalu elten , i prowadzenia bloga, i kursu robienia na szydełku, tzw. szydełkowania. Wszystko pięknie, tylko co poniektórzy zapomnieli, że dwa razy do tej samej rzeki się nie wchodzi. Ot, przysłowiowa rzeka, może być rozumiana, na kilka sposobów:

1. gdzie ciebie nie chcą, tam się nie pchaj. – No więc się nie pcham.
2. Inne podejście do rzeki, to takie, że elteniaki, a dokładnie jeden z byłych moderatorów forów dał mi bana, w zasadzie za zwrócenie uwagi by nie spamował, więc, to tym bardziej uświadamia mnie w słuszności.

Jednak odchodząc od ponurych myśli, zastanawiałem się dziś, jak to jest ze mną, i z podejściem do nieszczęścia- pecha… I jakoś kiedyś złamała mi się noga. No dobra. Może nie sama, trochę jej pomogłem , ale nie użalałem się nad sobą i po opatrzeniu na pogotowiu, przeniesieniu na oddział chirurgii pourazowej, i spędzeniu jednej nocy miałem poleżeć na obserwacji 72h , wypisałem się na własne życzenie, i jakoś żyję.

Uprawiać l.b., niestety nie umiem, a czasami przydało by się, bo aż się prosi.
Coś tam pracuję: na jednym etacie, połówce drugiego, i nawet nie zawsze będąc w Polsce, jakoś nie widzę problemów by mieć kontakt z oboma moimi … No wiecie.
Niektórzy w moim otoczeniu niestety mają podejście do życia, że wszystko jest be, złe, i do niczego. A ponad to wszystko jest złe, tylko ja jestem super, hiper i w ogule.

No i tego w ogóle to ja na maksa nie mogę zrozumieć. Na powyższym portalu, który kiedyś się kształtował na następcę klango to taki też portal dla niewidomych, tylko że już zamknięty ,
niestety narzekania nie ma końca na wszystko w zasadzie. No dobra, czasami coś ciekawego, też się trafi, jednak generalnie to byli admini, jadą po zwykłych użytkownikach, jak po … dopowiedzcie sobie sami, jak po czym

Piszę te słowa, na przednówku Października, a kiedy trafi na bloga, zależy od koleżanki Miazg, gdyż to ona będzie wrzucała wpis na Bogusia, gdyż do końca listopada Br, nie mam dostępu do bloga.

Słów kilkoro o dzisiejszej wycieczce, spełnionej dobrej rzeczy , a także o prośbie wychowanków

Słów kilkoro o dzisiejszej wycieczce, spełnionej dobrej rzeczy , a także o prośbie wychowanków

moja nowa czarnoczerwona rakieta, na której jestem




Witajcie w kolejnym wpisie u klangowego majkmika

Przed wczoraj, będąc na zmianie w pracy, od słowa, do słowa, i wychowankowie namówili mnie na odwiedzenie mojego domku i poczucie, to co ja czuję, gdy wracam po pracy, czy z wolontariatu do domku. Wiadomo, niektórzy nie wiedzą z nich jak to jest, albo już nie pamiętają, więc, gdy udało mi się zdobyć zgody na mini wycieczkę, oznajmiłem moim podopiecznym, że, jeśli nic się nie zmieni, to mogą się szykować, na niedzielny wypad do mnie na kwadrat.

Całej grupy rzecz jasna znowu nie mogłem zabrać, bo nad dwunastką, sam nie zapanował bym, więc przed pierwszą wycieczką – z pierwszą grupą – trzy tygodnie temu, uzgodniliśmy, że by mieć kontrolę,, mogę zabierać na wycieczkę grupę maks 4 osób. No i dziś kolejna czwórka z mojej grupy w DD, nawiedziła moje skromne progi na nado. Było ciasto – a dokładnie sernik z rodzynkami, był jakiś napój – typu herbata – kawa;a po małym co nie co, dzieciaki postanowiły posłuchać muzyki na moim twardzielu. No i na prośbę Oli, i Kamila poniżej wstawiam tekst piosenki, która z licznego zbiorku, najbardziej im się spodobała.

Piosenka jest z repertuaru J. Fiedorczuk ACH WRÓĆ TATUSIU, więc poniżej słowa. Piękna, wzruszająca, i chwytająca za serducho

Kto widział rozbity dom,

ten wie ile smutku tam tkwi

ten poznał tragedie serc,

ten widział dziecinne łzy.

Dziś co raz więcej tych ran.

Co nie chcą zabliźnić się

bez boga, kto karę im dał?

Posłuchaj i zrozum ten śpiew:

Ach wróć Tatusiu. Do domu wróć.

Wróć do mamusi, masz przecież klucz.

My wciąż czekamy, na powrót twój,

Tak pragnę mówić:

to Tatuś mój!!!

2. Tato, tato gdzie żeś jest?

Czemu postąpiłeś źle?

Czemu zostawiłeś nas?

I odszedłeś nagle w świat?

Porzuciłeś mamę, mnie.

A nam jest bez ciebie źle,

W szarym bloku – pusty dom,

tato, tato: zrozum to.

Ah wróć tatusiu, do domu wróć.

wróć do mamusi, masz przecież klucz.
My wciąż czekamy, na powrót twój,

tak pragnę mówić: to tatuś mój!

3. tato tato, czemu tak

zmarnowałeś szczęście nam,

czemu wódka ciągnie cię,

i upijasz ciągle się?

Czemu mamę zdradzasz wciąż?

Zobacz tato, tu nasz dom.

Tato zobacz nasze łzy,

Wróć i zacznij żyć..

Ah wróć tatusiu, do domu wróć.

Wróć do mamusi, masz przecież klucz.

My wciąż czekamy, na powrót twój

tak pragnę mówić: to tatuś mój!

4. Mamo, tato stoi w drzwiach w puśćmy proszę go pod dach.

pozwól tacie z nami być,

wódkę przecież przestał pić.

Kwiaty piękne przyniósł ci,

popatrz jak mi serce drży.

Ucałujmy się więc już

Mamo proszę, wpuść, go wpuść.

Kochana mamo, najdroższa ma,

Spójrz w moim oku, dziś szczęścia łza.

bo razem z nami nasz tato jest,

i to jest dla mnie najszczęśliwszy dzień.


Jak można się zawieść, gdy się myśli, że na UAM rospoczęcie roku to gładkie przemykanie się po kampusie Szamarzewo :(

Jak można się zawieść, gdy się myśli, że na UAM rospoczęcie roku to gładkie przemykanie się po kampusie Szamarzewo 🙁

moja nowa czarnoczerwona rakieta, na której jestem


Wczoraj, z racji, że to już drugi października, i studenci już zaczęli się ruszać po uczelni, gdyż mają zaczęty nowy semestr, postanowiłem sprawdzić, czy krety remontowe, skończyły ryć, na dziedzińcu między budynkiem C a D, na poznańskim Szamarzewie. No i okazuje się, że cztery miesiące, to dla robotników trochę mało czasu by zakończyć remonty. Wczoraj, wydaje mi się, że krety przeszły same siebie, gdyż jak przez cztery miesiące płot był ustawiony wzdłuż chodnika do budynku c od ab, tak wczoraj postanowiły przegrodzić chodnik w poprzek. No przyznam się, że może i gdyby było ciepło, to wyłożył bym na to i objechał bym kampus do koła, i do czytelni wjechał bym od tyłu – od Ul. szamarzewskiego, ale że było chłodno, i padał, co rusz deszcz, no to jak zobaczyłem, to bagno, wzięłem się i zrezygnowałem z dostania się do czytelni by ze skanować kolejną książkę na zajęcia z prawa Greckiego.

Odebrałem kilka dni temu autolektora z naprawy, więc na nim postanowiłem sobie w awaryjnej sytuacji poradzić, ale na dłuższą metę, to raczej nie zda rezultatu, bo autolektor, nie wiem dlaczego, ale robi tak wiele błędów, że niektórych zdań, w ogóle nie idzie zrozumieć.
Dziś kolejne przypuszczenie będzie szturmu na czytelnię, chociaż dziś już od razu pojadę od tyłu, by nie musieć oglądać kretów.

Po wdzianku

Po wdzianku


Gdy zaczyna się golenie,

w mig obliczę swe odmienię,

zrzucam migiem szorstkiewdzianko,

teraz można na śniadanko

pyszną kaszkę chłonąć pysznie,

a za chwilę uczyć idę.

Potem jakieś małe pranie,

gdy oderwę nauczanie

Jesienna szaruga z zastanowienia nutką

Jesienne chłody, przyprawione częstym deszczem, wiatrem i mgłą, stały się faktem. Wczorajsza pogoda w Poznaniu, od rana do wieczora, to deszcz i wiatr, co nie dodawało chęci spacerków po powietrzu.

Można taką pogodę, oczywiście tłumaczyć pożegnaniem wakacji dla studentów, gdyż dziś to już rok akademicki 2019-2020, stał się faktem, i niebo nawet poczuło smutek.
Albo po prostu tym, że skoro zaczął się październik, to z latem najwyższy czas już się żegnać,

na kilka miesięcy
.
Fakt pogodowy, na szczęście, mnie zbytnio nie rusza. Co prawda ostatnio wolę ciepełko, od zimnej, jesiennej szarugi, to jednak po filozofii, dobrze jest mieć na tyle otwarte „serce” na zmiany, by do wszelkich zmian, także atmosferycznych, podchodzić na luzie. Fakt, jest tym donioślejszy, że w moim przypadku, nauczyłem się, że do pogody, najlepiej podchodzić w sposób wyważony, i ustalony raczej na stałe.

Oczywiście ustalenie takie, nie jest nie odwołalne, bo nie da się

wiem to teraz
,
chodzić w krótkim rękawku zarówno latem, jak i w tym samym ubiorze w zimę
,
ale przynajmniej do jakiejś temperatury, chodzenie bez nadmiaru ubioru, jest możliwe, a co więcej zdrowe dla hartu ducha.
Z racji, że chłód potrafi konserwować, albo przy przekroczeniu jakiejś temperatury, zabijać bakterie, lub po prostu hartować, to też wyznaję do pewnego momentu, odejście od ulegania przegrzewaniu nadmiernemu ciała przez nakładanie ton ubrań.

Opowieści starego nietoperza część 1 – z historii widzenia

<br /><br /> Opowieści Starego Nietoperza<br /><br />

czarnoczerwona moja rakieta – foto podostarczeniowe

czarnoczerwona moja elektryczna rakieta, na której siedzę z białą laską, uśmiechając się

Przyszedłem na świat w Węgorzewie miasteczko na Mazurach – wtedy województwo Suwalskie – teraz Warmińsko-Mazurskie, jako drugie z czwórki dzieci , w roku 1981. Nasza rodzinka była trzy pokoleniowa: W jednym domku mieszkały: dzieci, rodzice i dziadkowie. Zawsze miałem przekorną duszę, co sprawiało niekiedy sytuację postawienia na swoim, mimo że rachunek zysków i strat, przechylony był na stronę tych drugich.
Pierwszy z brzega przykład, jaki nachodzi mi do głowy, to ranki, zaczynające się zawsze nieomal tak samo, bo rodzice wstawali do obrządku – krowy, świnie. Ja wstawałem razem z nimi – mimo że prosili – Poleż jeszcze synku, zrobimy obrządek, wrócimy i będzie łatwiej się ogarnąć. – Jednak ja zawsze wstawałem chwilę po wyjściu rodziców czy to wiosna, czy zima, i za raz goniłem za nimi do obory

gdzie za zwyczaj zaczynał się obrządek
.

Najpierw krowy były dojone – mama ręcznie zawsze doiła je. Mieliśmy trzy, w porywach do czterech, więc można było się przyzwyczaić. Czas gdy były trzy zainteresowane dojeniem, nazwał je w kolejności: Lalka, Pchełka, Krasula. Lalka – pewnie dla tego że była taka spokojna, przyzwyczajona do dzieci, i dorosłych. Była prawie cała biała.

mama na Lalce swego czasu jeździła na oklep i zaganiała inne krowy z pola do obory
.
Pchełka – bardzo często kopała i była nerwowa a Krasula była cała w łatach biało czarnych – no po prostu krasula.

Gdy byłem już w oborze, zawsze pędziłem prosto do lalki, by się

przywitać z nią

a gdy wypieściłem samą zainteresowaną

rogatą duszę
,
wskakiwałem do koryta

umieszczonego za żłobami

i często lizałem kostki solne – przeznaczone dla krów. Tata wchodził na strych po drabinie zrzucał siano na śniadanie po dojeniu zainteresowanym właśnie. I gdy mama skończyła dojenie, podawał siano do żłobów, podrzucał słomę do podesłania na klepisko, po czym szliśmy całą trójką do chlewika, do świń by im podesłać też słomą oraz by dać im śniadanie.

Świnie na śniadanie, jadły przeważnie ziemniaki parowane w parniku posypane śrutą i zalane wodą. Latem często na deser miały jeszcze sieczkę którą mój dziadek kosił poprzedniego dnia, przywoził z pola wózkiem ciągniętym ręcznie i ciął ją na sieczkarni – na mniejsze kawałki. Zazwyczaj była to kończyna lub lucerna. W awaryjnych przypadkach – gdy ani jednej, ani drugiej nie było, podawane były Parzone cięte na sieczkarni pokrzywy. Gdy jesień rozpostarła nad Węgorzewem swoje ramiona, i buraki pastewne były wykarczowane i zwiezione do piwnicy, miały także buraki, tarkowane na tarze. Pamiętam jak fajnie biły się o co lepsze kąski. Im większy przelot przez oczko tary się zdarzył, to szczęśliwiec z takim skrawkiem buraka oblatywał do koła kojec, szukając spokojnego miejsca i pochłaniał ów skrawek w miarę w spokoju.

Co po powrocie z obrządku?

Po tak odprawionych obrządkach, szło się do domu na śniadanie, na które ja zawsze do sześciu lat miałem gotowaną kaszkę manną wypijaną zawsze z butelki szklanej od orążady ze smoczkiem. Pycha! Nic mi więcej na śniadanie i kolację nie było trzeba. Pamiętam, że to była tradycja dla mnie.
Na obiady jadałem to co pozostali członkowie rodziny – jakąś zupę, lub drugie danie. tak tak ALTERNATYWA zawsze u nas na obiadach miała zastosowanie, obiadów z dwóch dań nigdy nie było – no chyba że było młócenie trawki rajgras, albo innego zborza, na które schodzili się wszyscy sąsiedzi z okolicy.

Snopowiązałka od przodu


snopowiązałka od tyłu

Żniwa zbożowe

Gdy tylko Pamięć wytężam i widzę, jakby to było wczoraj! Najpierw tata z najlepszym na świecie Dziadkiem Kazimierzem

tatą Taty

jechał na pole niuńkiem z przyczepą po snopki, które jakiś czas temu były ustawiane po trzy w kupie i związywane u góry, gdy kolejne rzędy zboża leżały już skoszone snopowiązałką. Fajna sprawa ta snopowiązałka! To taka jakby kosiarka konna, tylko miała taki bajer, że cały przekos, który wychodził z tyłu zboża, był powiązany w snopki przez tą maszynę była dwó miejscowa. Teraz rolę snopowiązałek, przejęły kombajny i prasy do słomy. Właśnie snopowiązałka była jakby zamysłem kombajnu, skrzyżowanego z prasą do słomy, ale żeczywiście tak było. kombajn kosi zborze i od razu młóci, a słoma zostaje luzem wyrzucona z tyłu, Snopowiązałka nie wymłócone zborze kosiła, wiązała w snopki, i osoba siedząca na jednym z dwóch siedzeń na snopowiązałce, gablami

to takie jakby grabie tylko że drewniane, o wiele większe i o wiele dłuższych zębach

pomagała snopkom przechodzić przez taśmę i gable je wtedy spychały na ziemię.

No więc po kilku przekosach
przekos, to rząd skoszonej surówki zbożowej, albo łąki

Wszyscy dostępni, razem z tatą, który jeździł ciągnikiem, i dziadkiem, który obsługiwał sukcesywnie snopowiązałkę, zbierali się i szli ustawiać powiązane snopki.

Ale wróćmy do rzeczy, bo odbiegliśmy od wątku. No więc gdy tata z Dziadkiem jechali zebrać wysuszone snopki na przyczepę, i gdy przyjeżdżała taka przyczepa za niuńkiem, w stodole już stała rozstawiona młócarnia, przyczepa była podstawiana do młócarni, i gdy pas

transmisyjny
,
był rozciągnięty między silnikiem zewnętrznym, a kołem zamachowym młócarni, włączało się silnik małym pstryczkiem, obydwa koła zamachowe startowały, przelotem pasa transmisyjnego, i wszystko ruszało. Dziadek, co roku był u góry, na młócarni. Wchodził tam po 4 metrowej drabinie, by rozcinać sznurki na snopkach i zrzucać niniejsze snopki do młócenia przez młócarnię. Do dziadka z przyczepy stojącej obok, zazwyczaj dwie osoby podawały snopki za pomocą wideł dwu palcowych, dwie osoby stały zazwyczaj za młócarnią i odbierały słomę, odgarniając ją na stertę. Kolejne dwie układały słomę na stercie, i ubijały ją. no i jedna musiała zawsze być z przodu młócarni i pilnować by wymłócone zborze, nie rozerwało worków. A dokładnie chodziło o to, żeby w porę zareagować, gdy worki będą pełne, wymienić na nowe i tyle.
Po opróżnieniu przyczepy, oczywiście silnik zostawał wyłączony. Pas stawał, a w raz z nim koło zamachowe młócarni. Jechało się z powrotem na pole i od nowa się zbierało snopki, na przyczepie układało je by weszło jak najwięcej i gdy przyczepa była tak pełna, że dziadkowe widły miały za krótki trzonek, by dotknąć burty przyczepy, wracano do stodoły, i zabawa zaczynała się od nowa.

Obiady w takie dni były z dwóch dań, kolacja też dla pracujących na zewnątrz była jakaś dosadniejsza, a po kolacji, oczywiście było zakończenie dnia i po kropelce. Jednak kropelkowe, było dopiero wtedy, gdy cała robota była zrobiona. Nie to co teraz dzieje się u niektórych pracodawców w węgorzewie, że jak nie postawisz , to robotnik nie ruszy ręką.

Czas u wujka Janka

Sięgając pamięcią wstecz do lat dziecinnych, przypominam sobie liczne sytuacje, gdy chodziłem czy to sam, czy z siostrą Basią, do wujka Janka i Cioci Danusi, którzy mieszkali w następnej uliczce podporządkowanej w prawo od ul. dzierżyńskiego, w stronę Węgorzewa. Znaczy to była następna od naszej uliczki podporządkowana w prawą stronę.
Można było oczywiście do Wujka chodzić na skróty, przez pole sąsiada – co miało tę zaletę, że nie trzeba było małym dzieciakom łazić przy ulicy głównej i narażać się na nieszczęście. no a dodatkowo taka pozytywna myśl była, że była o wiele krótsza droga, co nam odpowiadało – szczególnie na jesień, gdy pole było już puste. Tylko mały problemik najczęściej się pojawiał jesienią, bo pole niniejsze, było zaorane i w koleinach stała woda do kolan. Chodziło się jednak tak, bo było po prostu nam bliżej, szybciej i mniej narażaliśmy się na krzyki sąsiadów po drugiej stronie ulicy Dzierżyńskiego

To wtedy była główna ulica Węgorzewa, która łączyła jedną stronę miasta z drugą
.
wjazd od Giżycka i wyjazd na Kętrzyn.

U wujka Janka, zawsze siadałem z nim przy stole u nich w kuchni, wujek wyciągał jakiś zeszyt czysty, kredki i przy herbatce czarnej z cytryną rysowaliśmy czołgi, spychacze i traktory. Pamiętam, że miałem fioła, na punkcie tych spychaczy. Szczególnie kręcił mnie spychacz dt, którym to sąsiad z drugiego końca miasta, przyjeżdżał do nas, co jakiś czas i pomagał tacie w naprawie naszego niuńka.

SUWAŁKI

Dochodząc sześciu latek, zdarzył mi się wypadek samochodowy: wpadłem pod samochód milicyjny. Sprawca na szczęście uciekł a ja zostałem na miejscu. Za daleko nie doniosło mnie, przeleciałem jeno, na drugą stronę ulicy.
A było to tak.

Wracaliśmy z tatą z Kętrzyna, gdzie pojechaliśmy autobusem po sprawunki do zerówki, dla mnie: tornister, zeszyty, jakieś kredki. Wysiadając już na przystanku niedaleko domu, zobaczyłem na drugiej stronie ulicy mamę, która wracała z miasta z siostrami. i wyrwałem się tacie z ręki. Nawet nikt nie zdążył zareagować, nim wybiegłem z autobusu, i wbiegłem na ulicę prosto pod nadjeżdżający samochód . Odrzuciło mnie na drugą stronę ulicy. Szybko karetka, milicja i te wszystkie dziwne służby się zjawiły, karetka mnie zabrała do szpitala w Węgorzewie, jednak szybko się okazało, że w Węgorzewie nie dadzą rady lekarze mnie utrzymać przy życiu, gdyż nie mieli wcale sprzętu do ratowania ludzi po wypadkach. Szybko skontaktowali się lekarze ze szpitalem wojewódzkim w Suwałkach by wysłali erke, bo mają pacjenta wypadkowego, a nie dadzą rady mu pomóc. No i wystartowała karetka zwykła z Węgorzewskiego szpitala na spotkanie erki z Suwałk. Spotkanie wypadło w Gołdapi, gdzie szybko mnie przeładowali z jednej, do drugiej karetki, no i wio na ojom, do Suwałk. Tu dojechawszy pacient już był podpięty do respiratora, i gdy tylko karetka dotarła na miejsce od razu lekarze wzięli mnie na salę operacyjną, by zacząć mnie składać do

kupy
.
Po dwóch operacjach – jedna pięć, druga sześć godzin,byłem jako tako poskładany, i odwieziony na ojom na 9 miesięcy. Śpiączka nie była w sumie taka zła. Można było przynajmniej w spokoju się wyspać. Zastanawiające jest to, że w ciągu tych 9 miesięcy trzy razy przyjeżdżała komisja transplantacyjna, i kazali mnie odłączyć od respiratora, gdyż jeśli przez 3 miesiące się nie obudziłem, to pewnie pacient już się nie obudzi, a sprzęt przyda się innemu potrzebującemu. I od tego dnia, gdy było wiadomo że będzie znowu komisja transplantacyjna, to lekarze po łazienkach albo do kuchni mnie chowali z całą aparaturą. Chyba odwiedziny co tydzień mamy na oddziale przy moim łóżku gdy byłem nieprzytomny, nawet na personelu oddziału robiły wrażenie. Takim, to sposobem dotrwałem w śpiączce – pod respiratorem 9 miesięcy. I tu kolejny raz, dała o sobie znać moja przekora. Sprawiłem losowi kolejnego psikusa! O tusz przy kolejnej informacji , która rozeszła się po personelu, że znowu przyjeżdża komisja, Pan Doktorprowadzący mnie , poinformował mamę, że – nie mogą mnie już więcej ukrywać przed komisjami, i że widać, że trzeba będzie mnie odłączyć od aparatury podtrzymującej życie. Gdy ten dzień wreszcie nadszedł, oczywiście mama była przy moim łóżku i jakże dziwne, nie wytłumaczalne zdarzenie się stało, że gdy respirator został odłączony, moje serce zaczęło bić. No i wróciłem do żywych.

Potem nudne chwile rehabilitacji na ojomie. Załatwiono mi także rehabilitację na którą byłem wożony trzy razy w tygodniu karetką poza szpital, no i tam miałem na stopy najpierw kładzioną parafinę ciepłą – by rozgrzać ścięgna, a potem je porozciągać. Hm nie wiele to dawało. ścięgna były za mocno naciągnięte i tego nie dawało się rozciągnąć. Po iluś próbach, po zdjęciu parafiny, stopy miałem podłączane do wyciągu, który za pomocą ciężarków podwieszonych, naginał moje stopy do konta prostego, a następnie stopy po zdjęciu z wyciągu były wkładane w łuski gipsowe i bandażowane bandażami.

Po jeszcze kilku miesiącach zostałem wypisany do domu. Byłem wtedy w postaci leżącej, bo by móc siedzieć bez oparcia, musiałem być przywiązywany paskami do oparcia. Miałem w domu wózek z Sówałk, i jeździłem ile się dało po domu, ćwicząc ręce.

Rehabilitacja Domowa – jak to się robi?

Po krótkim czasie bycia w domu rodzice przyszykowali w pokoju na górze

w którym teraz młodsza siostra mieszka
,
kołowrotek wkręcony w sufit i na nim była lina przeciągnięta i na tej instalacji miałem ćwiczone nogi, by trochę je rozluźnić i rozciągnąć ścięgna. Hm… szczerze myślę o tym czasie, że same te walki z moimi mięśniami po moczeniu w ziołach w wannie, nic by nie dały gdyby nie późniejszy pobyt w Konstancinie. Po wymoczeniu nóg w ziołach miałem stopy wsadzane w takie wyplecione przez Najlepszego Dziadziusia z drutu łupki, i przywiązywane pociętymi paskami, albo co rzadziej, bandażami. Takie działanie miało na celu to, by stopy miały kont prosty a nie stały na palcach. Okropnie tego nie lubiłem! Za to bardzo podobały mi się ćwiczenia na ręce na tych sznurkach.

Po mniej więcej roku w domu, znajomy załatwił mi konsultację w Konstancinie, w sanatorium rechabilitacyjnym, u Prof. Haftka, by może, jeśli by się udało, umieścić mnie na rehabilitacji tam, aby mięśnie jeszcze bardziej rozruszać i może w reszcie postawić mnie na nogi. No bo Konstancin -Hylice, znane były z tego, że dokonywane tam były cuda z pacientami, którzy, tak jak ja nie chodzili, tylko jeździli wózkami. Tacy, byli stawiani. W ciągu roku, gdy lekarze wiedzieli już, że bez interwencji chirurgicznej nie obejdzie się, miałem przeprowadzone dwie kolejne operacje na nogi. Pierwsza zakładała wyciągnięcie śróby z kończyny dolnej, a następna, była poluzowaniem ściengien ahillesa przy stopach, i ściengien biodrowych. W sumie, jak sobie przypominam, między jedną a drugą operacją. Czas wolnego, to jakieś 3 miesiące, i znowu 5 tygodni leżakowania. Fajnie się stało, że po drugiej operacji, byłem umieszczony w Sali numer 12 i łóżko stało przy oknie, więc jak się znudziło mi bycie grzecznym chłopcem, otwierałem okno, za którym był balkon, i na parapecie karmiłem gołębie.

Hylice – miejscem pierwszych uniesień-zauroczeń 🙂

     
Konstancin – Hylice, gościł mnie u siebie w szpitalo-sanatorium trzy razy. Dwa w ciągu roku z przepustką 3 tygodniową, a trzeci raz przyjął mnie na miesiąc rehabilitacji, jakoś 1997r. Przyjechałem tam ostatni raz, po szybszym zakończeniu roku szkolnego w Owińskach, i jeszcze chyba przez 2 tygodnie w Konstancinie chodziłem do czwartej klasy szkoły podstawowej, którą w niniejszym roku, ukończyłem w Ośrodku szkolnowychowawczym dla Dzieci Niewidomych im. Synów Pułku w Owińskach. No oczywiście w Konstancinie nie musiałem chodzić, ale że szkoła była po południu, to nie mając, co robić, uczęszczałem tam jak wszyscy. Oczywiście w Konstancinie do szkoły, jak chodziłem, to tylko po to by słuchać, bo to była Szkoła dla co prawda niepełnosprawnych, ale widzących.

O tandemach

w Konstancinie wtedy nie myślano. Książki czarno drukowe, zeszyty czarno drukowe, i w przypadku moim, to albo zajęcia indywidualne z nauczycielem, albo w klasie ale tylko uczestnictwo w lekcjach ustne. W tym miejscu przytoczę fragment mojego artykułu opublikowanego w Gazecie wyborczej o tym 27 stycznia 2017


Miałem 11 lat, gdy wylądowałem w Ośrodku Szkolno-Wychowawczym dla Dzieci Niewidomych w Owińskach. Tylko tam zgodzili się mnie przyjąć. Wtedy – był rok 1992 – istniały w Polsce ośrodki albo dla osób niewidomych, ale pełnosprawnych ruchowo, albo dla niepełnosprawnych, ale widzących. A ja byłem i taki, i taki. Takim tandemem byłem.
Co my z tobą będziemy robić?
Tandemem stałem się tak: miałem 6 lat, we wrześniu miałem iść do zerówki i pojechaliśmy z tatą po zakupy – z Węgorzewa, gdzie mieszkałem, do Kętrzyna. Tornister, trampki, zeszyty. No i jak już wracaliśmy do domu, wysiadając z autobusu, po drugiej stronie ulicy zobaczyłem mamę z moimi siostrami. I się wyrwałem. Tacie z ręki. Za daleko nie dobiegłem. Skończyłem pod kołami samochodu. Ja zostałem na miejscu – prawie na miejscu, bo przerzuciło mnie przez ulicę – a kierowca uciekł.
Potem nudne medyczne historie: szpital w Suwałkach, dziewięć miesięcy leżałem nieprzytomny, dwie operacje, wybudzenie… Na skutek wypadku doznałem czterokończynowego porażenia. W bonusie straciłem też wzrok. Jak się obudziłem, nie mogłem chodzić i nie widziałem prawie nic. Gdy mnie wypisali do domu, byłem w postaci siedzącej, a dokładniej mówiąc w leżącej, bo żeby siedzieć, musiałem być przywiązywany pasami.
Potem Konstancin, dobre sanatorium, które stawia ludzi na nogi. Mnie też chcieli postawić, ale byłem opornym materiałem. Zrobili mi dwie operacje kolejne, trochę naprostowali nogi, żeby bardziej przypominały ludzkie, bo stopy miałem pionowo, nie mogłem normalnie stanąć, tylko na palcach. W Konstancinie rozpocząłem szkołę. Na pierwszej lekcji nauczycielka zapytała: „A dlaczego nie masz zeszytu?”. Ja: „Bo jestem niewidomy”. Nauczycielka: „To co my z tobą będziemy robić? […]
.
Gdy zatem przyszedłem w 1989r do konstancina, to właśnie tak zostałem przywitany przez szkołę, jednak moje stwierdzenie później było, że „jakoś damy rady pewnie wytrwać ze sobą”. I tak było. Nauczanie miałem ustne, i najprzyjemniej wspominam lekcje środowiska, na których po przerobieniu całego materiału Pani Nauczycielka czytała mi :kajtkowe przygody”. No jeśli środowisko, to ta książka jak najbardziej była dobra. Lubiłem tę książkę, i nadal często wracam do niej, mimo, że już nie muszę prosić nikogo o przeczytanie, jakiejś książki, bo teraz rolę lektora – czytacza przeją komputer z czytnikiem dla osób niewidomych

to taki program, który czyta wszystko, co pojawia się na ekranie mojego laptopa
.
Mimo tego wszystkiego, a także tego, że mam już nieomal 40 wiosen, to do tak fajnie zaszczepionej książki przez tamtą Panią Nauczycielkę, Wracam często.
swoją drogą, wydaje mi się, że głos osoby przekazującej treść książki, jest bardzo ważny, bo albo potem będzie się książka miło kojarzyła i będziemy chętnie wracali do niej, albo nie, i wtedy powrót do wspomnień lekturowych, jest koszmarem.

Z czasów gdy Hylice, próbowały mnie wprowadzić w edukację, z przykrością muszę stwierdzić, że prócz Pani Nauczycielki od środowiska, i małych – nie jasnych, przebłysków o lekcjach religii z Siostrą zakonną żadnego innego przedmiotu, nie pamiętam. Swoją drogą, ciekawy finał był wyjazdu poznawczego do Lasek, w celu by zobaczyć czy tam nie mógł bym uczęszczać do szkoły

No bo to szkoła dla niewidomych, więc jasne wydawało się, że może to być skuteczna nauka, a nie to co mogą mi zapewnić Hylice
.
Jednak nie tak łatwo z Laskami w tamtym czasie było pertraktować, gdyż nie miałem żadnych atutów w rękawie, jakimi mógłbym podeprzeć się, dlaczego ja tu mam chodzić. Bo co: że niewidzę? Albo że miłosierdzie sióstr zakonnych? Już wtedy wiedziałem, że miłosierdzie, to jedynie suchy, wyprany frazes, z którym nie wiadomo co zrobić. A używa się go, jako taką

zapchaj dziurę

okazał się stanowczy opór grona pedagogicznego przede mną. No niby tak, bo Laski, to Ośrodek dla dzieci niewidomych, a co za tym idzie – pełnosprawnych.
Pamiętam, że bardzo bałem się wtedy, że jednak zostanie podjęta zgoda na przyjęcie ucznia na wózku do pierwszej klasy. Nie pamiętam, już dlaczego eksploracji dokonywaliśmy w przedszkolu, ale może była taka nadzieja, że jeżeli przedszkole mogłoby przyjąć takiego ucznia, to i dalsze klasy, poradziły by sobie. No nie. Tu niestety ząk był pogrzebany na całej linii, więc tym sposobem próbowałem uczyć się w Chylicach, w szpitalu w którym leżałem w danym czasie. Nie narzekam na to, bo późnymi popołudniami, zajęcia organizowane nam przez panie Wychowawczynie: Jole W, Elę M, Anię D, Jadwigę, Pana Tadeusza i Pana Edmunda, zagospodarowywały nam czas w pełni. Pamiętam, jak pewnego razu, Pani Jola wpadła na pomysł, jak nauczyć mnie literek drukowanych. Na kartonikach, o wymiarach 10 na 5cm. W górnej części kartonika, narysowany był jakiś przedmiot, i pomalowany farbkami, a w dolnej części tego kartonika, była literka, na którą powyższa rzecz zaczynała się. Ot, dla przykładu: H – pochodziło od huśtawki, g – od gruszki, t – od telewizora, czy e – od ekierki

gdy za oknem wieje

1. Gdy za oknem rwie i wieje,

towarzystwo wciąż się śmieje,

a do tego z górnej pryczy,

spoko ziomek do mnie ryczy:

Na co czekasz, gdy dziewiąta,

ciągle myśli w barze sprząta?

Gdy ogarnia na wesoło

atmosferę gęstą w koło

Na co czekasz, gdy dziewiąta,

ciągle myśli w barze sprząta?

Gdy ogarnia na wesoło

atmosferę gęstą w koło.

2. Wyszłaś rano. Nie wróciłaś,

wieczór nastał – piękna byłaś,

a do tego więcej blasku

dodawała kąpiel w piasku.

Na co czekasz, gdy dziewiąta,

ciągle myśli w barze sprząta?

Gdy ogarnia na wesoło

atmosferę gęstą w koło

Na co czekasz, gdy dziewiąta,

ciągle myśli w barze sprząta?

Gdy ogarnia na wesoło

atmosferę gęstą w koło.

O „Nowaku” a z drugiej strony o pozytywnym podejściu innych kierowców

Wtorek 30 kwietnia 2 19 godz. 20:31

O „Nowaku” a z drugiej strony o pozytywnym podejściu

Jako że poruszam się po przestrzeni miejskiej wielokrotnie, nawet jednego dnia, a nie znając dokładnie topografii miasta, które cały czas gdzieś poddawane jest remontom, co uniemożliwia nauczenie się trasy, i posiadaniepewności, że aby na pewno się przejedzie daną trasą, skazany jestem na komunikację miejską: autobusy, tramwaje Poznańskiego MPK, bo poruszam się na wózku, a do tego mam brak posługiwania się oczami, to też gdy stoję na przystanku, staram się zawsze stać w miejscu gdzie przypadają przednie – pierwsze drzwi, by móc spytać kierowcy o numer autobusu. Moja determinacja, była od długiego czasu udoskonalana, i uważam, że takie postępowanie, jest najskuteczniejsze a na pewno najwygodniejsze dla mnie. Jednak nie zawsze się sprawdza. Ot dziś stojąc na przystanku Rynek Wschodni i czekając na autobus linii 185 w stronę os. Sobieskiego, moja metoda oczywiście była też zastosowana. niestety dziś to nie zadziałało. Nie otwarły się przednie drzwi, i moje „rzucane” w powietrze pytania „jaki, to jest numer” nic nie dało. Szybko więc przejechałem na środkowe i gdy kierowca wyciągną pomost, dopiero wtedy odpowiedział mi, że „to jest 85”. Mimo tego że długo czekałem na tą informację, i że odpowiedź padła tonem „daj mi spokój” cieszę się, że w ogóle padła. No gdyby była to inna linia, to kierowca miałby jeszcze gorszy humor, bo bym powiedział że niestety nie jadę tym numerem! No ale ruszyliśmy gdy tylko wjechałem i pomost został zwinięty, szybko na Os. kosmonautów, i gdy tam przyjechał autobus siedem jeden, to sytuacja wyglądała wzorowo: otwarły się odrazu przednie drzwiczki, Pan kierowca od razu odpowiedział, poczym od razu wyskoczył otworzyć pomost, gdy tylko dałem mu znać że będę wsiadał. Zastanawiające jest to dlaczego nie może być tak zawsze, że podchodzimy do każdego pasażera z uśmiechem i otwartością, ale tego chyba już się nie uda mi wymyślić, a przynajmniej na razie.
Zaś wieczorny powrót o 18:50 autobusem siedem trzy, ze Śródki ze znajomym kierowcą , to miłe zakończenie dnia podróżowego. Gdy podjechał na pierwszy peron, stanowisko pierwsze, i otworzył drzwiczki środkowe, wyszedł, przywitał się, otworzył trap, i gdy wjeżdżając zacząłem mówić gdzie będę wysiadał, a Pan kierowca z uśmiechem przerwał mi, mówiąc: –
„Wiem, wiem”. –
Lubię gdy się widzi takie miłe podejście. Nie znam imienia Pana Kierowcy, ale następnym razem, będę musiał się spytać. Może się dowiem

Dla celów sytuacji tytułowy „Nowak”, to nowy kierowca, który jeszcze pewnie nie do końca ogarnia sytuację na przystankach

Przekorna myśl

Przekorna myśl
Niedziela 28 kwietnia 2 19 godz. 15:53

Gdy za oknem grzmi i błyska,
kiedy niebo, to zjawiska,
gdy na dworze wiatr, nie wietrzyk
siadam w net. Na klawisze płynie wierszyk.

Po wycieczce z przyjaciółmi,
i po kawie, w miejscu miłym mi,
wracam wnet, gdzie cztery ściany,
Gdzie się czuję roześmiany.

Tu godziny szybko płyną
tu miesiące – w moment giną,
a fajniutka nuta drzemie,
że po 13tce wolność dotknęła wreszcie mnie!!!!

Uśmiech dla wszystkich zniewolonych
i docinek szukających :

Życzenia z podziwem dla Ośrodka Szkolno-Wychowawczego w Owińskach

Podziw i życzenia

                            Stary Nietoperz

Istnieją już 20 lat
Nie licząc wcale: wiosen – lat,
Uczą dzieci co, gdzie, i jak
Dobrze was rozumiem, sam robię tak.

Polotu pełni, zachęty morze
Posłuchaj kolego ucząc Chcą leczyć cię,
I jeśli istnienie w swoim czystym byciu
przekładają nad smutek, uśmiech krąży w każdym nowym dniu.

Bo człowiek, to istota jest  raczej pogodzona
Z własnym „istnieniem”, nie widzi w nim swego wroga,
Więc i ja z głębi serca ślę dla PAŃSTWA ŻYCZENIA
Co najmniej Zdrowia, szczęścia, oraz stu lat istnienia.

By wychowankowie nie sprawiali zbytniego trudu,
By co kol wiek się rodzi  Pod Waszymi Ramiony, zawsze dobrem było ludu,
Oraz finanse by się rozmnożyły
A ośrodek jak jest, tak był stale dla mniej sprawnych życzliwy.

Tym krótkim wierszykiem, chcę oddać Państwu za pracę uznanie
Bo sam wiem jaki czasami ciężar niesie z drugim przebywanie,
Choć często zdarzają się trudy i znoje
dla tych nielicznych miłych chwil warto się wysilić, i tego się nie boję.